sobota, 23 maja 2015

Rozdział 4.


Naznaczeni

Poczuła mdłości, a po chwili zakręciło jej się w głowie i świat zalała fala fioletu. Złapała się za skronie, zaciskając powieki. Kolana się pod nią ugięły i upadła na nie na środku parkowej ścieżki. Szumiało w jej głowie i mogłoby się wydawać, że kolejnej chwili nie przeżyje - a śmierć byłaby o wiele przyjemniejsza od tego okropnego bólu.
W pewnym momencie z gardła wydobył się jej głośny krzyk i wszystko minęło. Teraz Cornelia siedziała z mocno zamkniętymi oczami, nadal trzymając się za głowę i ciężko oddychała. Czuła, jak przepełnia ją nieznana dotąd siła i ku jej zdumieniu miała wrażenie, że mogłaby zrobić teraz dosłownie wszystko.
Jęknęła, otwierając powoli powieki i pierwsze co ujrzała to fioletowe niebo. Chwilę zajęło jej dojście do siebie, ale kiedy pojęła, co właśnie przed sobą widzi, gwałtownie poderwała się z ziemi.
- Co jest? – szepnęła do siebie, rozglądając się dookoła z narastającą paniką. Nie była już w parku, tylko stała pośród złocistego zboża mieniącego się krwistą czerwienią. Poza niekończącym się polem pszenicy nie było niczego więcej; ani żadnych pagórków, ani drzew i krzewów, ani żadnej chaty. Tylko ona, złociste zboże i ametystowe niebo z chmurami koloru lawendy. Wokół panowała głucha cisza – przerażająca i tajemnicza, doprowadzała Cornelię do szału i rozpaczy.
Przez chwilę stała w bezruchu, jakby zmieniła się w głaz. Poczuła palący ból na nadgarstkach; zaczął przemieszczać się wyżej aż do łokci. Chciała krzyczeć, ale nie mogła wydusić z siebie najcichszego dźwięku. Ból piął się wyżej, znacząc dziwne, nieregularne ścieżki, a kiedy dotarł do ramion zalał ją chłód. Wówczas odzyskała w pełni kontrolę nad sobą. Oszołomiona, podwinęła rękawy i dostrzegła ledwo widoczne wzory, wyglądające jak tatuaż. Jęknęła przeciągle i spojrzała na niebo; przecięła je złota błyskawica. Trwało to może sekundę, ale Cornelii wydało się to wiecznością. W oddali zagrzmiało. To nie wróżyło niczego dobrego.
Cornelia rozejrzała się dookoła, z nadzieją, że pojawi się cokolwiek. To zboże wokół zaczynało ją drażnić coraz bardziej i przypominało jej z nieznanych nikomu powodów o śnie w labiryncie. Na samo wspomnienie zadrżała.
Wiedziała, że musi być stąd jakieś wyjście. Pytanie tylko: gdzie? Przecież jeśli tu trafiła, mogła równie dobrze wrócić z powrotem. I najlepiej na zawsze.
„Znajdę to, choćby nie wiem co miało się stać. Mało mnie obchodzi, co tutaj w ogóle robię i czy to, co widzę jest realne.”
Tak szczerze, to wcale się nad tym nie zastanawiała. A każda minuta spędzona w tym dziwnym świecie napawała ją nieznanym uczuciem, którego po prostu nie potrafiła wytłumaczyć i tym bardziej przyjąć do wiadomości.
W okolicy znów rozległ się huk. Tym razem Cornelia podjęła decyzję – biec jak najdalej. Później będzie się martwić, jeśli niczego nie znajdzie.
Zboże plątało jej nogi, blokowało drogę i było go niemiłosiernie dużo. Kilka ziaren zdążyło wpaść jej do butów i uwierały w stopy, a odsłonięte dłonie były już nieco pokaleczone. Nie rozpoznawała tej rośliny i chciała być od niej jak najdalej. Przeskakiwała nawet chwilami, by być dalej. Oddychała coraz ciężej, a siły ubywały. Nie wiedziała ile biegła, ale ani razu się nie odwróciła. Po prostu nie mogła, miała przeczucie, że przez to straci więcej czasu niż trzeba.
  Niespodziewanie wpadła w potok myśli i pytań. Co tak właściwie się dzieje? Czy Mara się o nią martwi? Ile ona już tutaj jest? Pytań było mnóstwo, ale odpowiedzi żadnej. Tak samo, jak nie kończyły się pola ze zbożem.


Jacqueline z zafascynowaniem oglądała wzory wijące się od nadgarstków aż po ramiona na rękach Nicolasa. Były szarawe, ledwo widoczne, jednak jej już od razu rzuciły się w oczy.
- To wygląda jak jakaś pieczęć – stwierdziła po długiej chwili. Nicolas zirytowany przewrócił oczami. Zerkną dla pewności w stronę Avery, która za pomocą magii lodu wiła wianki. Kwiaty, które tworzyła wyglądały jak kryształy i mieniły się fioletowym blaskiem, który cudem dostawał się do jaskini. Trafili do Myraai, świata, który był nazywany niegdyś przez starców Krajem Fioletowej Zguby.
- Domyśliłem się, ale czy da się ją jakoś zdjąć?
Jacqueline zignorowała pełne nadziei pytanie przyjaciela.
- Nigdy czegoś podobnego nie widziałam. To jakiś naprawdę starożytny czar – opuszkiem palców przejechała po odcinku wzorów. – To jest jak wezwanie – dodała po chwili namysłu.
Avery drgnęła i upuściła wianek z lodowych kwiatów, który pękł i gdy dotkną ziemi zmienił się w wodę. Wstała i podeszła pośpiesznym krokiem do Nicolasa. Kucnęła przy nim, a Jacqueline odsunęła się nieco o nic nie pytając. On jednak już otwierał usta, ale widząc połyskujące niebezpiecznie na czerwono runy na sukience dziewczynki zacisną je z powrotem w wąską kreskę i przyglądał się jak błękitne oczy lustrują blade symbole. Avery przygryzła wargę, westchnęła i usiadła. Znów zaczęła tworzyć z lodu, jednak nie były już to kwiaty na wianki – teraz było to coś w rodzaju lustra. Położyła taflę na ziemi, a na niej ułożyła płasko dłonie. Przymknęła powieki i zaczęła mamrotać pod nosem niezrozumiałe słowa. I po chwili zobaczyła wszystko.
Avery znalazła się w lesie. Była co prawda tutaj tylko i wyłącznie duchem, nie mogła więc niczego robić nawet jeśli to była teraźniejszość. Pełniła tutaj rolę obserwatora. Bystrymi oczami nareszcie wyłapała jakiś kształt. Osoba. Biegła w stronę Avery. Rozpoznała w niej dziewczynę. Miała związane w kitkę ciemnobrązowe włosy błyszczące w słońcu, lekko przymknięte ciemne oczy, a na sobie szare, dresowe spodnie i żółty podkoszulek. W jednej ręce trzymała telefon, do uszu wsadzone zaś miała słuchawki. Biegła, a jej sportowe buty zostawiały ledwo widoczny ślad na soczyście zielonej trawie.
W pewnej chwili dziewczyna przystanęła i stało się to tak nagle, że i nawet Avery nieco się spłoszyła. Zaraz jednak odzyskała rezon i w pełnym skupieniu obserwowała nieznajomą. Ta wydawała się wyczerpana jeszcze bardziej po jednej sekundzie i upadła na kolana. Nabrała łapczywie powietrza do ust, a jej ciało opanowały drgawki. Wyglądało to tak bardzo makabrycznie, że Avery odwróciła wzrok. Zrobiło jej się żal, choć wiedziała, że dziewczynie nic nie będzie. To były objawy pieczęci.
Gdy już wszystko dobiegło końca, dziewczyna upadła na ziemię nieprzytomna i leżała tak przez kilka minut. Ocknęła się i wstała – wyglądała ja zahipnotyzowana. Zamrugała oczami i znów zaczęła biec.
Avery mrugnęła.
Stała przez chwilę w czyjejś sypialni, ale nim zdążyła dobrze się rozejrzeć, całość przysłoniła mgła, która rozmazała obraz. Dziewczyna zmarszczyła brwi i z nutką niepokoju błądziła oczami dookoła. Nie była pewna, co właśnie się stało, ale wiedziała, że to zwiastowało kolejne problemy.
Do głowy wpadła jej jedna myśl. Gwardia musiała znaleźć jej trop.
Przerwała wizje, które i tak nie przyniosły niczego więcej. Otworzyła oczy i spojrzała na Jacqueline.
- Ktoś tu jest oprócz nas – wyszeptała Łowczyni Nagród i podniosła się, a jej oczy błysnęły. Po chwili spojrzała na Nicolasa zszokowana. - Idiota – syknęła w stronę przyjaciela. – Ona tu jest.
- Robinson? – także się podniósł. – Skąd tu się wzięła?
- Nie wiem – warknęła Jacqueline, po czym wydobyła sztylet. Przykucnęła i wbiła go w ziemię. Avery zadrżała, zaś Nicolas to zignorował. – Ale jak nas znajdzie, zabawa po dobroci się skończy.
Wiedział, że Jacqueline ma rację, choć nie rozumiał jej zdenerwowania. Zawsze można było Cornelii wymazać pamięć i wmówić, że to wszystko musiało być tylko snem. Nie widział w tym żadnej rzeczy, która mogłaby zniszczyć ich plan całkowicie.
- W takim razie powinniśmy już wracać – mruknęła cicho Avery. – Poza tym, gwardia już wie o naszym położeniu.
Teraz Nicolasa ogarnęła złość.
- I nic nam nie powiedziałaś? – warkną w jej stronę. Przeczesał włosy i wciągnął dużo powietrza do płuc. Musiał się opanować, inaczej dojdzie kolejny problem, a nie chciał zostawiać Jacqueline z Avery i swoim demonicznym obliczem, choć wiedział, że jego przyjaciółka dałaby radę. Ale wtedy mogła ich z łatwością zaskoczyć Cornelia lub gwardia.
- Co wybieracie? – odezwała się nagle Jacqueline, teraz już spokojnym i opanowanym głosem. Nicolas spojrzał na znak, który utworzyła sztyletem. Zawahał się, ale tylko na chwilę. Teraz nie było miejsca na rozmyślanie. Najwyżej później będzie się martwił i błagał Jacqueline, by wysłała go jak najdalej od tego miejsca.
- Chyba czas odwiedzić starą znajomą, Jackie.




Cornelia biegła przez pole wśród złocistego zboża, kiedy nagle rozpłynęło się wraz z ametystowym niebem. Dziewczyna straciła równowagę i wpadła do kałuży, która pojawiła się wraz ze scenerią parku. Przeklęła siarczyście, a kilka starszych osób spojrzało na nią z niesmakiem. Cornelia pokręciła głową. Nie zauważyli jak pojawiła się cudowny sposób, jednak nieeleganckie słowa, mówiąc łagodnie, zostały wyłapane z prędkością światła.
Teraz jednak musiała dostać się jak najszybciej do domu. Cała mokra nie mogła paradować, w dodatku pogoda wcale nie była ładna. Zapowiadało się nie tyle co na deszcz, ale na burzę. Cornelia poklepała prawą kieszeń spodni, upewniając się, że ma w niej klucze. Gdyby je zgubiła, to nie dość, że miałaby wydatki z wymianą zamka ale i Mara wracała dopiero za tydzień.
Dopiero gdy stanęła przy przejściu przypomniała sobie o dziwnych symbolach na rękach. Właściwie dopiero teraz uświadomiła sobie o niemożliwości całej sytuacji. Co tak właściwie się stało? Przecież ludzie nie znikają od tak do innych światów, a tym bardzie, że tych innych światów nie mogło być. Wszystko wyglądało teraz jak fragment jakiejś książki fantasy. Cornelia nie wyobrażała sobie by stała się jedną z bohaterek przeżywających te cudaczne historyjki. Miała nawet ogromną nadzieję, że wszystko co widziała okaże się halucynacją. Jednak przede wszystkim musiała o tym zapomnieć i pod żadnym pozorem niczego nie mówić, jeśli nie zamierzała trafiać do specjalnego szpitala. Ludzie od razu wzięliby ją za wariatkę.
Mimo wszystko Cornelia nie wydawała się przejęta faktem, że jeszcze kilka chwil temu prawdopodobnie znajdowała się w dziwnym miejscu, a na rękach ma szarawe zawijasy. Właściwie to wszystko wydało jej się bardzo normalne, jakby taka była kolej rzeczy.
Światło zmieniło się na zielone i Cornelia pośpiesznym krokiem przeszła na drugą stronę. Musiała się wysuszyć, by nie zachorować. Skierowała się więc w lewo, by skrócić sobie drogę. Minęła właśnie starą księgarnię, jednak zatrzymała się i wróciła z powrotem do wystawy. Było na niej mnóstwo książek, które krzyczały by je kupić, ale Cornelii rzuciła się w oczy jedna – z granatową okładką i srebrnymi napisami. Nie było na niej autora, ani wydawcy. Zaintrygowana weszła do środka. Ciche „dzyń” od razu poinformowało o jej przybyciu i spod lady wyskoczyła młoda, rudowłosa kobieta. Uśmiechnęła się szeroko do Cornelii ignorując fakt, że dziewczyna jest cała przemoczona do suchej nitki i bezustannie zerka w stronę wystawy. W końcu podeszła do lady.
- Przepraszam, na wystawie leży granatowa książka z srebrnym tytułem… - wydusiła z siebie niepewnym głosem, starając się jakoś dokładniej opisać przedmiot. Błądziła wzrokiem z jednej rzeczy na drugą, ale kobieta uśmiechała się nadal. W końcu przemówiła, na co dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą.
- Zaraz zobaczymy. Które okno?
- Lewe.
Kobieta podeszła do wystawy i niemal od razu znalazła książkę. Wróciła z powrotem kładąc ją na ladzie przed Cornelią, wcześniej ją oglądając.
- To ta?
- Tak – odparła dziewczyna uśmiechając się szeroko. Zdążyła zauważyć swoje dziwne zachowanie, zupełnie jakby odnalazła rzecz, którą szukała przez wiele lat, Sięgnęła do kieszeni bluzy z nadzieją, że znajdzie tam swój portfel. Miała ochotę pisnąć jak mała dziewczynka, kiedy okazało się, że go zabrała razem ze sobą. – Ile ona kosztuje?
Kobieta przyjrzała się książce.
- Tak właściwie – zaczęła, przekrzywiając głowę – ona nie należy do nas.
Cornelia uniosła wzrok na twarz sprzedawczyni.
- Jak to?
Rudowłosa wzruszyła ramionami.
- Nigdy jej nie było ani w tej księgarni, ani w żadnej innej. W dodatku wygląda zupełnie jak… Właściwie nie wygląda na książkę, którą można kupić lub wypożyczyć. Mamy kilka podobnych przypadków na zapleczu i właściwie nie mam pojęcia kto ją wystawił na wystawę, jednak jeśli chcesz, mogę ci ją oddać za darmo.
I już kilka chwil później Cornelia wychodziła z księgarni. Pod pachą trzymała granatową książkę nieznanego autora z dziwnym tytułem wypisanym srebrną, gustowną czcionką. Nie miała bladego pojęcia co oznacza ten napis, a tym bardziej w jakim języku został napisany, choć podejrzewała łacinę. Zamierzała to wszystko sprawdzić od razu po powrocie do domu i z trudem powstrzymywała się przed biegiem.
W głowie krążyły jej przeróżne obrazy i nie tylko z dnia dzisiejszego. Przypomniała sobie sen, niedoszłego mordercę Alice… Cornelia pokręciła głową odrzucając okropny obraz z przeszłości. Stojąc pod drzwiami wyciągnęła klucze i otworzyła je. Od razu po wejściu zamknęła wszystkie zamki, zdjęła z siebie mokrą bluzę i buty. Pobiegła na górę, do swojego pokoju. Książkę położyła na łóżku, zaś z szafy wyciągnęła suche ubrania i udała się do łazienki. Czuła potrzebę wzięcia gorącego prysznica. Przez cały ten czas zastanawiała się skąd ta książka się tu wzięła i co w sobie kryje. Przypomniała sobie też jak kobieta mówiła o innych, bardzo podobnych książkach.
Ubrana i umyta wyszła z zaparowanej łazienki. Zaświeciła światło w swoim pokoju i chwyciła laptopa. Cornelia uruchomiła go, po czym od razu przeszła do tłumacza. Zerknęła na tytuł i wpisała go, by przetłumaczyć.
Marked. Naznaczeni – wyszeptała, poprawiając się na łóżku. Odłożyła laptopa na bok i przysnęła bliżej siebie granatową książkę. Otworzyła ją i spojrzała na pierwszą stronę. Zaskoczona przyglądała się symbolom narysowanym na kartce, a później przeniosła wzrok na swoje ręce. Wyglądały identycznie.
Nie czekając ani chwili dłużej, Cornelia przerzuciła na kolejną stronę. Z bijącym mocno sercem chłonęła wzrokiem ręcznie napisane ciągi liter. Nie rozumiała zupełnie nic i podświadomie już wiedziała, że słowniki w niczym jej nie pomogą. To wszystko wyglądało jak język, który nie istnieje.
Cornelia jęknęła, zakrywając twarz dłońmi. Teraz już wiedziała, że zachowuje się jak bohaterka książki z gatunku fantastyki i wcale jej się to nie podobało.
Podskoczyła do góry, gdy jej telefon zawibrował wyrywając ją z potoku myśli. Chwyciła go i odblokowała. Miała nową wiadomość od nieznanego numeru. Ze zmarszczonymi brwiami kliknęła na ikonkę.

Od: Nieznany
Treść: Mam nadzieję, że się podoba. Miłej lektury!
           
Cornelia wciągnęła gwałtownie powietrze. W tym samym momencie ktoś przysłał jej wiadomość na poczcie. Otworzyła ją i ku jej zdumieniu, pisało to samo. Chciała odpowiedzieć, ale ten adres e-mail został usunięty.
W tym momencie Cornelia wiedziała, że nie ma już odwrotu.
Wplątała się. I podświadomie była pewna, że to wszystko stanie się prędzej czy później.




Rokkette: Ten rozdział pisało mi się niesamowicie długo i ciężko. Kompletny zastój, a jak próbowałam coś wytworzyć... To najlepsza wersja tego rozdziału, jaką napisałam. Chociaż i tak jest beznadziejna. Od jakiegoś czasu nie potrafię skleić słów w porządne, ładne zdanie. Jestem wypompowana z wszelkich sił. Jeśli jednak ktoś to czyta, to proszę o opinie. Zapraszam również na wersję w innym http://mroczny--sekret.blogspot.com/  portalu wattpad.com. I do zobaczenia za cztery tygodnie, już w upalnym czerwcu!
Ach, byłabym zapomniała... Do wszystkich, którzy tutaj zaglądają - możecie spodziewać się niespodzianki szóstego czerwca, czego oczywiście nie obiecuję, ale daję nadzieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz