Dziecko zagadek
- Gdzieś ty, do cholery, była?!
Cornelia mimowolnie się skrzywiła. Takie słowa powitały ją następnego dnia w szkole. Ale zamiast na nie odpowiedzieć, zszokowana wydusiła tylko:
- Co ty Alice robisz w szkole?
A później Arystia zemdlała i tak skończyły się obydwa tematy.
- Przestań obgryzać paznokcie – mruknęła Alice siadając na plastikowym krześle w malutkiej poczekalni. Oprócz nich były tam jeszcze dwie dziewczyny i chłopak – wszyscy poturbowani i przebrani w stroje od wychowania fizycznego. Każdy czekał na łaskawe otworzenie drzwi do gabinetu pani Andrews, szkolnej pielęgniarki. Która po chwili zjawiła się w drzwiach, wywołując u trójki sportowców słaby uśmiech. Kobieta jednak ich zignorowała i spojrzała na Cornelię i Alice.
- Perełki, zapraszam po zgubę – rzekła ciepłym tonem i zniknęła ponownie, zostawiając teraz uchylone drzwi, które miały zachęcić obie koleżanki do wejścia. Pierwsza z krzesełek podniosła się Cornelia. Wyglądała, jakby siedzenie właśnie ją poparzyło. Razem z Alice węszył do sterylnego pomieszczenia, w którym czuć było słabiutką woń cytryny pomieszanej z zapachem leków.
Na kozetce siedziała Arystia. Machała nogami, które wisiały w powietrzu niecałe piętnaście centymetrów nad podłogą. Alice zdała sobie wówczas sprawę, jak bardzo jej nowa koleżanka jest niska. Omal nie parsknęła śmiechem przyłapując się na tak nieznaczących myślach.
- Jak się nazywasz? – spytała pielęgniarka, kiedy Arystia zeskoczyła z kozetki.
- Arystia David.
Pielęgniarka zapisała jej nazwisko w swoim zeszycie, po czym odłożyła długopis i uśmiechnęła się do trójki dziewcząt.
- Powiedzcie, proszę, by następni wchodzili pojedynczo.
Arystia wyszła w towarzystwie Cornelii i Alice. Miał teraz długą przerwę, więc czym prędzej udały się do stołówki. Kiedy każda z nich wzięła coś do przegryzienia, usiadły przy stoliku w kącie, najbardziej oddalonym od wszystkich. Cornelia kochała to miejsce i chwilami denerwowało ją, że Thalia zabiera ją niemalże szantażem do grupki swoich popularnych znajomych.
Ale dziś Tahlia Lincoln nie zjawiła się w szkole.
Cornelia była tym niemalże zszokowana, ale dzięki Arystii i Alice nie czuła aż tak wielkiej różnicy. Prawie w ogóle. Nawet przyłapała się na tym, ze cieszyła się z tego faktu. Ale od razu skarciła się w myślach, za coś tak okropnego. Nieobecność Thalii nie była od tak sobie przypadkowa. O, nie! Thalia zawsze uprzedzała, że jej nie będzie. Po szkole zdecydowanie musiała sprawdzić, co się dzieje. Jakiś złowieszczy cień nie dawał jej spokoju.
Jacqueline wykrzywiła usta w prowokacyjnym uśmiechu. Tego się nie spodziewała, ale kto zabroni jej się chwilę zabawić?
- Masz tupet i guza na głowie, skoro atakujesz Łowcę Nagród kawałkiem żelastwa.
Postać zeskoczyła z gałęzi i zaśmiała się szczerze. Jacqueline nie dała tego po sobie poznać, o nie, ale nieco ją rozkojarzył. Przywołała się do porządku, gdy nieznajomy beztrosko szedł w jej kierunku. Zmarszczyła brwi.
- Łowca Nagród, powiadasz?
Mogła przysiąc, że usłyszała w jego głosie drwinę.
- Nie nauczyli cię manier? – warknęła. – Mógłbyś się chociaż przedstawić.
Nieznajomy zatrzymał się nagle i znów parskną śmiechem.
- A ty niby to zrobiłaś… - zlustrował ją, aż poczuła się nieswojo – Łowco Nagród?
Miała ochotę mu porządnie przywalić.
- Jeszcze jedno słowo… - zaczęła ostrzegawczym tonem, ale wtedy chłopak zdjął maskę, która zasłaniała mu twarz. Zaskoczona uniosła brwi do góry.
„O, cholera”.
Była tak bardzo zszokowana, że umknęła jej chwila, w której do niej podszedł. Odsunęła się kilka kroków w tył. Jej oczy błysnęły.
„Zaraz mu podrapię tę cudowną, wymarzoną buźkę. A szkoda, bo jest naprawdę… Och, Jackie, przymknij się!”
- Teraz twoja kolej – mrukną i gdyby była górą lodową, choć w pewnym sensie już jest, z pewnością by się roztopiła.
„Wariujesz. Za dużo ludzkich dziwactw!”
Jacqueline nie chciała ściągać kaptura, który był ochroną jej tożsamości. Ale niewiadomo kiedy, niewiadomo przy którym spojrzeniu w zielone jak mech oczy zawarła układ.
„Jesteś największą idiotką tego świata”.
Jacqueline dotknęła czarnego, miękkiego materiału. Chwilę się wahała, ale jednym szybkim ruchem ściągnęła z głowy kaptur. Jej włosy, uwolnione spod tkaniny, porwał lekki wiatr. Przybrała obojętną maskę i skrzyżowała ręce.
- O wiele lepiej będzie mi się rozmawiało z Łowcą Nagród, jeśli wiem jak wygląda.
Jacqueline przytaknęła, nie bardzo wiedząc co więcej mogłaby zrobić. Nagle chłopak podszedł do niej bliżej. Zatrzymał się dopiero, kiedy naruszył jej prywatną przestrzeń. Naprawdę chciała mu wtedy już przywalić, ale nagle nachylił się i… Odsuną. Tak po prostu. Zaskoczona wpatrywała się w chłopaka, który odzyskał swoją broń. Obracał ostrze w dłoniach, jakby nie bał się, że naostrzone ostrze mogłoby mu zrobić krzywdę. Jacqueline dostrzegła na powierzchni metalu wybite znaki. Nabrała gwałtownie powietrza. To było ostrze naprawdę mistrzowskiej roboty.
- Skąd to masz? – zapytała. Jej głos był przesiąknięty tylko ciekawością i nie odrywała oczu od broni.
Chłopak uśmiechną się i obrócił ostrze w dłoniach.
- Prezent – odparł beztrosko. Jacqueline miała świadomość, że on wiedział czym tak dokładniej jest ta broń.
Jacqueline już miała coś odpowiedzieć, kiedy znów ją uprzedzono.
- Lepiej znajdźcie sobie lepszą kryjówkę – rzekł chłopak i w mgnieniu oka znalazł się na gałęzi drzewa, z której wcześniej zeskoczył. Nim znikną na dobre, odwrócił się w stronę Jacqueline i uśmiechną. – Oliver Dwaine, Łowco Nagród.
Cornelia stanęła przed dworem rodziny Lincoln. Dreszcz przebiegł jej po plecach, kiedy wzrok zatrzymała na wyrzeźbionych potworach. Mama Thalii miała dość dziwaczny gust jeśli chodziło o sztukę. Pasjonowała się wszelkimi monstrami, co było dość ironiczne zważywszy na to, że Joanne Lincoln była naprawdę przepiękną kobietą. Nawet będąc w wieku staruszki nie wyglądałaby staro – teraz nie wyglądała na kogoś, kto miałby około czterdziestu lat i troje dzieci.
Cornelia przemknęła do ogromnych drzwi starając się nie patrzeć na rzeźby. Przerażały ją, choć wiedziała, że to tylko cudownie wykorzystany kawał marmuru. Jednak Cornelia czuła w nich coś więcej i choć uważała się w tej kwestii za idiotkę, nie umiała się tego wyzbyć. Po prostu własność Joanne Lincoln napawała ją strachem takim samym jakby te stwory miały zaraz zeskoczyć z podestów i w najlepszym wypadku związać ją i zamknąć w piwnicy.
Pokręciła głową wyzbywając się scenariuszów napisanych przez jej zbyt bujną wyobraźnię. Kto by pomyślał! Marmurowe potwory zeskakujące z podestów i goniące Cornelię! To naprawdę niedorzeczne. Tylko Cornelia czuła jak jej plecy wypala miliony par oczu, które od chwili, gdy zjawiła się w ich zasięgu nie spuszczają ją ani na sekundę.
Wygładziła kurtkę i poprawiła włosy. Upewniwszy się, że jest w dobrym stanie nacisnęła dzwonek do drzwi. Jak się spodziewała, nie trzeba było długo czekać. Wielkie, mahoniowe wrota otworzył dobrze jej znajomy kamerdyner. Na jej widok uśmiechną się, a jego już niemłoda twarz pokazała więcej zmarszczek.
- Witam panienkę Robinson – powiedział spokojnym, dźwięcznym głosem pan Blanchard. Ubrany w swój stały strój o czarnej barwie z przebłyskami bieli prezentował się lepiej niż aktorzy grający w filmach o bogatych rodzinach.
- Dzień dobry. Przyszłam zobaczyć się z Thalią…
- Och, państwo Lincoln byli zmuszeni wyjechać z samego rana w interesach. Wraz z ich córką, Thalią.
Cornelia poczuła się zbita z pantałyku. Nie miała pojęcia co powiedzieć.
- Rozumiem – mruknęła, kiedy odzyskała mowę. – Przepraszam za najście.
- Ależ nic nie szkodzi 0- uśmiechną się pan Blanchard. – Może pani wejdzie i napije się herbaty? Droga do domu zajmie pani dużo czasu, a jest naprawdę paskudnie.
- Z miłą chęcią.
Nicolas przyjrzał się ostrzu swojego miecza i znów pociągną po nim szmatką. Gdy odrzucił materiał na stolik, chwycił za rękojeść. Runy zalśniły szmaragdowym odcieniem. Uśmiech wykrzywił jego usta.
- Tylko nie popadnij w samo zachwyt. Słyszałam, że to niezdrowe.
Jacqueline uśmiechnęła się złośliwie i rozsiadła się na sofie stojącej w pokoju.
- Co masz? – zagadną Nicolas ignorując zaczepkę przyjaciółki. Ani na moment nie oderwał spojrzenia od miecza.
- Dla odmiany, dość sporo – odparła Jacqueline i wgryzła się w zielone jabłko. – Nasza Stokrotka odwiedziła swoją wierną przyjaciółkę. Lincolnowie wyjechali w podróż. Wiedziałeś o tym? Myślałam, że nie mogą opuszczać miasta bez przepustki.
Nicolas odwrócił się gwałtownie w stronę Jacqueline.
- Gdzie są?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Ważne interesy – przewróciła oczami.
Nicolas przymkną oczy. To nie miało być tak, wszystko zepsuli i będzie musiał wszystko przełożyć.
- Kiedy wracają?
- Nie wiadomo – odparła. – O ile będą żywi, sądzę, że nie pojawią się do końca miesiąca. Zakładam, że będą chcieli przeżyć Przesilenie w spokoju.
- Do Przesilenia jeszcze dwa tygodnie…
- Nico, oni nie musza tyle czekać. Wystarczy, że spędzą kilka dni w Kolranie! – Jacqueline zerwała się z sofy. – A jeśli chodzi o twoją Stokrotkę, przynajmniej nie trzeba jej obserwować bez ustanku. Thalia jej już nie zagraża.
Kiedy Cornelia wracała do domu, wszystko wokół budziło się do życia. Co prawda, była już wiosna, jednak w tym roku wszystko działo się z niemałym opóźnieniem. Ale dzisiaj każda drobna istotka emanowała tą dziwną energią.
- A więc twoja Stokrotka potrafi działać na przyrodę. Niebywałe – Jacqueline uniosła do góry brwi. Była naprawdę zaskoczona. Jeszcze nigdy nie widziała takich możliwości, a jedynie czytała o nich w księgach zbioru Wygnanych Magów. To było niesamowite. – Podobno osoba z tym talentem potrafi wtopić się w tłum i za nic nie uda jej się znaleźć. Poza tym ma umiejętność uleczania, szybkiej regeneracji, jej moc jest wspomagana przez siły Matki Natury, więc są większe. Ach, no i obdarzeni tym darem żyją dłużej oraz mają możliwość narzucania swojej woli wszystkiemu, co pochodzi od Matki Natury.
Nicolas uśmiechną się.
- Margot wiedziała – zerkną przelotnie na Jacqueline, która rozszerzyła oczy. – Chciała ją ukryć w bezpiecznym miejscu i doskonale zdawała sobie sprawę, że jej córka posiada dar, dzięki któremu będzie to łatwiejsze.
- Skąd to wiesz?
Nicolas spojrzał na ławkę i usiadł na niej. Rozejrzał się wokół. Park był podejrzanie pusty, przez co nie mógł od tak się odprężyć jak jego przyjaciółka. Wiedział, że jeśli naprawdę jest ktoś tutaj z Kolranu, Jacqueline będzie to wiedziała jako pierwsza. Jej zdolności, choć minęło już tyle lat, naprawdę go zadziwiają.
- Arabela znała Margot. Ja, jako iż byłem pod opieką Arabeli, także miałem okazję spotkać się z nią kilka razy.
Jacqueline otwierała usta, by coś powiedzieć, kiedy zza krzewów róż wybiegła młoda dziewczyna. Wyglądała na około trzynastu lat, jej nieco opalona skóra błyszczała od potu. Dwa śnieżnobiałe warkocze podskakiwały, a błękitne oczy rozbiegane rozpaczliwie szukały jakiegoś ratunku. Nicolas niemal natychmiast wstał, dostrzegając na fioletowej sukience runy wyszyte srebrną nicią. Podniósł wzrok na jej twarz i mimowolnie uniósł kącik ust do góry. Dziewczynka, widząc Nicolasa, zamarła w bezruchu. Przełknęła nerwowo ślinę, a oczy Jacqueline błysnęły.
- Mark – wymówiły bezgłośnie usta białowłosej dziewczyny. Drgnęła słysząc krzyki i znów zerwała się do biegu.
- Avery! – krzykną zdezorientowany Nicolas i w ostatniej chwili złapał za jej ramię, kiedy przebiegała obok niego. Dziewczyna nie traciła czasu i zaczęła się z nim szarpać. Kilka run zaświeciło się. Jacqueline ze zwinnością kota wdrapała się na drzewo. Zaklęła głośno widząc herb gwardii.
- Nico, mamy towarzystwo.
Chłopak zmarszczył brwi. Avery syknęła z bólu, kiedy zacisną dłonie na jej nadgarstkach.
- Otwieraj portal, Jackie – rozkazał. – Gdziekolwiek. Ona nie może nas znaleźć.
Jacqueline zeskoczyła z drzewa.
- Oszalałeś? Gwardia już tu biegnie, a poza tym twoja Stokrotka…
- Otwieraj portal – Nicolas przerwał przyjaciółce. – Robinson da sobie radę, ma założone zaklęcie ochronne. Nie wykryją jej do naszego przyjścia. Poza tym, jeśli nas złapią, może zginąć.
Jacqueline zgrzytnęła zębami, ale posłusznie otworzyła przejście i już po chwili cała trójka zniknęła.
Rokkette: Nie jestem zachwycona rozdziałem do takiego stopnia, by skakać ze szczęścia i dziwić się, że potrafiłam napisać coś tak wspaniałego. Aczkolwiek zadowala mnie fakt, że ruszyłam nieco fabuły i odsłaniam... cokolwiek.
Jakoś nie mam humoru, by się więcej produkować dlatego do zobaczenia za cztery tygodnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz