Uciekający czas
Cornelia przełknęła gulę, która urosła jej w gardle. Palce u rąk mrowiły ją nieprzyjemnie, a pod powiekami zebrały się łzy. Minęło trzynaście lat odkąd została sama. Nie chciała płakać. Zagryzła zęby i zgrzytnęła nimi. Gdyby pękła jak mała dziewczynka, wściekłaby się. Nie mogła okazać słabości.
W drżących dłoniach trzymała trzy białe lilie. Kucnęła i położyła je na marmurowej płycie. Jedna dla mamy, jedna dla taty, jedna dla siostry, która nigdy się nie narodziła. Cornelia miała wtedy niecałe trzy lata, kiedy jej mama zaszła w ciążę. A gdy został już niecały tydzień, zdarzyło się nieszczęście. Wtedy Mara została jej prawowitą opiekunką. Od tego czasu wszystko szło nie tak. Cornelia miała wrażenie, jakby jakaś siła starała się oddzielić ją od tego świata. Znajomi, którzy usilnie utrzymywali z nią kontakt musieli cierpieć. Zdarzały się wypadki, choroby. Cornelia postanowiła, że nie będzie nikogo zmuszać do cierpienia i sama zaczęła się odgradzać. Nawet Mara nie potrafiła do niej dotrzeć, do jej wnętrza ukrytego pod warstwą wiecznie zimnego śniegu i lodu, w nieprzeniknionej ciemności.
- Cornelia Robinson?
Podskoczyła, kiedy ktoś położył jej dłoń na ramieniu. Wstała i dosunęła się kilka kroków. Przerażona spojrzała na uśmiechniętą dziewczynę, która wydała jej się dziwnie znajoma. Blond fale opadały jej do łopatek, nieco zakrywając malinowy płaszcz mocno kontrastujący z bladą twarzą i szaroniebieskimi oczami. Cornelii przed oczami nagle wyskoczyły obrazy, których próbowała wyzbyć się z pamięci. Młoda dziewczyna, również blondynka, leżała na poplamionym szkarłatną cieczą trawniku. Własną krwią. Krzyczała i błagała o pomoc. Prosiła, by jej nie zabijano i gdy Cornelia biegła w kierunku napastnika, ten odwrócił się i powiedział:
- Dzieci zdrajców muszą zginąć.
A następnie znikną. Cornelia myślała przez długi czas, że to wszystko było złym snem, ale kiedy dowiedziała się od Mary, że jej jasnowłosa koleżanka leży w szpitalu…
- Alice Howard – wyszeptała Cornelia, a jej oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu. Tuż po tym, jak Alice wyszła ze szpitala, wyjechała. Była w bardzo ciężkim stanie, ale Cornelia nigdy nie odważyła jej się odwiedzić. Bała się.
W jednej chwili znów przed oczami miała niedoszłego mordercę Alice i zrobiło jej się słabo. Widziała go. Pojawił się w jej dzisiejszym śnie, w labiryncie pełnym gwiazd.
- Mamy sobie tyle do opowiedzenia! – Alice uśmiechnęła się szeroko. Z Cornelii wyparował cały smutek. Teraz trzęsła się ze strachu.
- Tak – kiwnęła głową. – Masz ochotę na herbatę?
- Uważaj, jak leziesz! – warknęła na chłopaka, który pochłonięty książką wpadł na nią i teraz kulił się pod jej ognistym spojrzeniem. Prychnęła, kiedy nie wydusił z siebie nawet jednego pełnego słowa. – Mięczak – syknęła i ruszyła dalej. Wyszła z biblioteki, w której zupełnie niczego się nie dowiedziała. Była naprawdę wściekła na swojego przyjaciela, że kazał jej przyjść aż tutaj.
Otuliła się ciasno płaszczykiem. Chłodne powietrze otuliło jej ciało. Ciemne włosy powiewały na wietrze i wyglądała jak prawdziwy czarny charakter. Trudno było uwierzyć, ale to nie ona grała rolę tej złej. No, przynajmniej jak do tej pory.
Wygrzebała ze swojej torebki telefon i wystukała numer, którego nauczyła się na pamięć niemal od razu.
Pierwszy sygnał…
Drugi sygnał…
Trzeci sygnał…
- Halo? – w słuchawce rozbrzmiał męski, zirytowany głos.
- Gdzie ty, do cholery, jesteś? – wykrzyczała, a kilku przechodniów spojrzało na nią z uniesionymi brwiami. Posłała im spojrzenia pełne piorunów i błyskawic, po czym ruszyła jeszcze bardziej energiczniej.
- Nie mów tak brzydko, Jackie – mrukną chłopak.
- Nicolas – syknęła. – Gdzie, u diabła, właśnie tracisz chwile swojego życia?
- Blisko, choć może niekoniecznie. Do diabła chyba jej daleko.
- Nicolas.
Zacisnęła pięści. Jej przyjaciel naprawdę chwilami doprowadzał ją do szału. Przecież to nie jej rola – bieganie po bibliotekach i godzinne wczytywanie się w księgi! To nie był jej problem i powinien uszanować jako takie jej zaangażowanie. Oczywiście jeśli chodziłoby o kogoś innego, nie zgodziłaby się za żadne skarby. Miała inne, przyjemniejsze sprawy na głowie, a nie ratowanie komuś tyłka. Ale jako, że Nicolas był kim był zrobiła jeden jedyny wyjątek. A w dodatku ta dziewczyna…
- Black&White, trafisz.
- Jasne – już chciała się rozłączyć, kiedy usłyszała ponownie jego głos.
- Weź ze sobą diamentowy sztylet. Acha, uważaj Jacquelin. Nie chciałbym, żeby moja przyjaciółka skończyła w tak beznadziejny sposób. To niegodne.
Prychnęła, ale uśmiechnęła się i tak jak Nicolas poradził, zamierzała wziąć diamentowe ostrze. Przeszła kilka metrów i schowała się w ciemny zaułek. Odetchnęła głęboko i rozejrzała się jeszcze, sprawdzając czy nie ma żadnych świadków. Wyciągnęła z torebki długi, ciemny materiał. Był to płaszcz z ogromnym kapturem naciągnęła go na siebie i zapięła go szczelnie. Jej oczy błysnęły i zrobiła krok do przodu. Otoczenie nagle uległo zmianie i nie stała już w ciemnym zaułku. Otaczał ją las i tak jak myślała, zbliżał się wschód słońca. Musiała się pośpieszyć.
Znała drogę na pamięć i dotarłaby tam nawet z zamkniętymi oczami. Zaczęła biec i w myślach przeklinała swoją torebkę. Było jej z nią bardzo niewygodnie i wolałaby mieć teraz plecak niż ten pakunek na jedno ramię. Należało jednak wtopić się w otoczenie, więc jakoś to przeżyje. „Już niedługo – pomyślała – i wywalę wszystkie te szmaty do rzeki” Mimowolnie na jej usta wpłyną uśmiech. Wiele dziewcząt, które ostatnio poznała uznałyby coś takiego równe zabójstwu. A to ci dopiero – ubrania też można kochać!
Dostrzegła symboliczny dąb. Była niedaleko skrytki. Jeszcze parę metrów i będzie na miejscu.
Poczuła nagle jak coś przecina powietrze koło jej ucha. Zaskoczona zatrzymała się i obejrzała. Jej oczy znów błysnęły w szafranowym kolorze i dostrzegła zarys postaci na jednej z gałęzi. Skrzyżowała ręce i wygięła usta w uśmiechu. „Nicolas będzie musiał poczekać.”
Amanda skrzyżowała ręce na piersi i wykrzywiła usta. Jej krytyczny wzrok błądził po obrazie przedstawiającym ją samą w białej sukni przyozdobionej kobaltowymi kokardami i szafirami. Miała wielką nadzieję, że nie zawiśnie w kolekcji jej matki, która uwielbiała mieć powieszonych ludzi w sali tronowej. Oczywiście, obrazy.
Malarz z niecierpliwością i strachem przyglądał się reakcji księżniczki. Nagle ta się uśmiechnęła, chwyciła pędzel i zamoczyła go w granatowej farbie. Machnęła na płótnie kilka razy i wyszczerzyła się podziwiając swoje dzieło. Teraz jej włosy były rozpuszczone i opadały miękko przysłaniając ramiączka sukni. Malarz o mało nie złapał się za głowę. Może i w mniemaniu Amandy wyglądało to pięknie, w rzeczywistości była to ciemna plama burząca ideę obrazu.
- Ależ księżniczko – rozpoczął łagodnie. Amanda spojrzała na niego przymrużonymi oczami. Przełkną ślinę. – Tak lepiej. Pozwól, że dodam twym cudownym włosom tego blasku.
Amanda uśmiechnęła się i oddała malarzowi pędzel, który przyjął go z ulgą. Księżniczka zaś wyszła.
Pomyślała o balu, który miał się odbyć na jej cześć. W końcu będzie pełnoprawną Maginią i w dodatku będzie gwiazdą wieczoru! Wszystko było dokładnie zaplanowane i Amanda nie musiała się niczym martwić. Nawet Hell zapewniła jej eskortę pod sam stół, mistrza w fryzjerstwie i cudowną suknię. Gdyby Amanda nie była księżniczką, powiedziałaby, że spełniło się jej marzenie wszystkich dziewcząt. A skoro Amanda była księżniczką cieszyła się, że zostanie pełnoprawną Maginią.
Nucąc pod nosem znaną jej tylko melodię przechadzała się po pustych korytarzach. Błądziła wzrokiem po ścianach i podłodze, aż jej oczy spoczęły na drzwiach. Teraz były zamknięte, ale Amanda potrafiła przywołać w głowie obraz tego, co kryje się w środku. I tego, co tam się zdarzyło.
Stanęła i przełknęła ślinę. Ruszyła niepewnym krokiem i z wahaniem nacisnęła klamkę. Klucz był niepotrzebny, drzwi stały dla niej otworem. Pchnęła je i szybko przekroczyła próg pokoju, odwracając się tylko na chwilę, by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Zatrzasnęła za sobą drzwi.
Pokój wyglądał dokładnie tak samo, jak wtedy. Na lawendowy, parzystym dywanie wciąż leżały odłamki szkła, a na ścianie wisiała pusta, złota rama lustra z bogatymi zdobieniami. Amanda kucnęła i przyjrzała się ostrym odłamkom. Były dość sporej wielkości i co dziwne, nie widziała swojego odbicia. Tak samo jak wtedy.
Powierzchnie małych lusterek zaczęły się zmieniać. Amanda odsunęła się z bijącym sercem. Dostrzegła w nich obraz. Była to kobieta o białych jak śnieg włosach. Zakładała koronę jej matki i siadała na tym samym tronie. Amanda zamknęła gwałtownie oczy próbując wyrzucić obraz przyszłości.
„Przyszłość może się zmienić – mówiła do siebie w myślach. – Nigdy nie jest z góry ustalona.”
Wybiegła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Pobiegła korytarzem i wspięła się po schodach. Zatrzymała się dopiero w swojej komnacie i tam odetchnęła głęboko uspokajając oddech.
„Niemożliwe.”
Kobieta, którą widziała w wizji była Arabelą Beldor. Zmarła siostra Hell.
Cornelia spojrzała na Alice i Arystię, którą zaprosiła do stolika. Było to trafne posunięcie – wszystkie trzy dogadywały się świetnie, ale teraz Cornelia była jeszcze bardziej rozkojarzona niż zwykle. Czuła na plecach palące spojrzenie i wiedziała, że to ten sam chłopak, który przyglądał jej się w szkole. Tylko tam było jej łatwiej udawać, że niczego nie widzi. Tutaj zaś mógł zrobić, co mu się żywnie podobało.
Cornelia przełknęła ślinę i zwilżyła spierzchnięte usta.
- Zaraz wracam – powiedziała, wstając od stolika. Arystia i Alice spojrzały na nią.
- A ty dokąd się wybierasz? – blondynka zmarszczyła brwi. Arystia uciekła wzrokiem w bok.
- Idę do łazienki – Cornelia uśmiechnęła się z przymusem, ale wyglądało to dość wiarygodnie i ruszyła w kierunku toalet.
Zamknęła się w ostatniej kabinie. Było tam dziwnie pusto, ale dzięki temu czuła się swobodniej. Cornelia nabrała powietrza do płuc i powoli je wypuściła. „Wdech i wydech - powtarzała sobie. – Musisz oddychać.” Usiadła na desce klozetowej i schowała twarz w dłoniach. „Co się ze mną dzieje?”
Uniosła głowę słysząc otwierane drzwi. Zamarła w oczekiwaniu.
- Nicolas Moore – zaszczebiotała dziewczyna – ładny chłopak.
- Ta – mruknęła druga, znudzona i nagle Cornelii wydawało się, że płynie. Zaskoczona rozejrzała się wokół siebie. – Ale nie mój typ.
- A jaki typ preferujesz?
Obie przez chwilę milczały.
- Wolę kogoś o mniejszych wymaganiach.
Cornelii podeszła żółć do gardła. Zakręciło jej się w głowie i przez chwilę miała wrażenie, że łazienka wyparowała i zamiast niej pojawił się las. Rozmowa dwóch dziewcząt także umilkła. Cornelia z przerażeniem przetarła oczy i znów była w damskiej toalecie. Wstała i na chwiejących się nogach wyszła z kabiny.
Dwie dziewczyny nagle wyparowały, choć mogłaby przysiąc że kilka sekund temu jeszcze tu były i plotkowały. Spojrzała w lustro i mlasnęła językiem z niesmakiem. Wyglądała okropnie. Dotknęła cieni pod oczami i jęknęła.
Nagle w łazience rozbrzmiała piosenka „Smile”, którą zapoczątkowała jak zwykle elektryczna gitara.
- And that's why I smile – śpiewała Avril. - It's been a while, since every day and everything has felt this right…
Cornelia rozszerzyła oczy i szybko wygrzebała z kurtki telefon. Przeczytała uważnie dwa wyrazy. „Alice Howard”. Ona miała jeszcze jej numer! Bez wahania odebrała.
- Alice? Co się sta…
- Cornelia, nie ma cię od godziny! Gdzie ty się podziewasz? – przerwała jej Alice, niemal wrzeszcząc.
- Ale przecież nie było mnie kilka minut…
- Kilka? – Alice nie przestawała. – Godzina, twoim zdaniem, to kilka minut? Jeśli nie chciałaś siedzieć z nami, trzeba było powiedzieć!
- Alice! – teraz Cornelia krzyczała. – Ja naprawdę nie wiem, co się stało, ale jestem w łazience zaledwie kilka minut…
Cornelia rozpaczliwie błagała w myślach, by Alice się nie gniewała. Nie chciała z nią zrywać kontaktu. Dopiero co znów się spotkały po latach rozłąki.
- Alice?
Ale Alice się rozłączyła.
Cornelia westchnęła.
Drzwi do łazienki skrzypnęły i pojawiła się w nich dziewczyna. Miała niecodzienny wygląd i Cornelia nie mogła oderwać oczu od jej fioletowych włosów. Dziewczyna także jej się przyglądała, a na twarzy miała coś w rodzaju niedowierzania. Cornelia pokręciła głową i minąwszy dziewczynę, wyszła. Nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że zamiast szalika na szyi, dziewczyna miała olbrzymiego węża.
- Przesadzasz, Cornelia. Zmęczenie miesza ci w głowie – mruknęła do siebie. Teraz musiała znaleźć Alice i Arystię i wszystko wytłumaczyć. Przecież to było niemożliwe.
A jednak, coś za dużo było tych wszystkich wyjątkowych wydarzeń.
Rokkette: Nie mam bladego pojęcia, co o tym sądzić.
Wesołych Świąt Wielkiejnocy!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz