Czas burz
Cornelia Robinson przyzwyczaiła się do samotności już jako mała dziewczynka. Początkowo pragnęła jednak towarzystwa innych i na przekór czyniła tajemniczej mocy, która coraz to bardziej wpędzała ją w pułapkę, z której nie będzie mogła zawołać o pomoc do innych. Ostatnią kroplą, która przelała wszystko był wypadek Alice. Od tego czasu poddała się sile samotności i pogrążała w niej jak długo się dało.
Oczywiście Cornelia miała znajomych. Nie była osobą aspołeczną – wręcz przeciwnie! Coś jednak blokowało dostęp do wnętrza, aż w końcu przez szparkę zdołała przedrzeć się Thalia Lincoln. Przyjaciółka.
Teraz jednak nie mógł pomóc jej nikt. Ani Thalia, ani Mara, ani Alice. Cornelia nie mogła nawet powiedzieć, że wiedzą gdzie ona jest. Sama nie miała bladego pojęcia o swoim położeniu, a co dopiero one.
Cornelia przełknęła ślinę czując nieprzyjemną suchość w gardle. Zwilżyła usta językiem, które były wysuszone i popękane. Szeroko otwarte oczy próbowały doszukać się jakiejś niedoskonałości w otoczeniu, lecz z każdą chwilą stawało się ono coraz bardziej realistyczne niż chwilę wcześniej. Znalazła się tutaj gdy mrugnęła. Położyła się na swoim kochanym łóżku, utuliła ciepłą kołdrą, ziewnęła i mrugnęła. Wtedy znalazła się tutaj. Wprawdzie nie miała już na sobie piżamy, za co w duchu była wdzięczna, jednak w stroju, który miała na sobie czuła się niekomfortowo. Po pierwsze, Cornelia nigdy w życiu, nawet na przedstawienie szkolnego teatru, nie założyłaby tak obcisłego kombinezonu. W dodatku był przyozdobiony brokatem, który migotał wśród tych wszystkich gwiazd wokół niej. Cieszyła się tylko z peleryny, która choć ciągnęła się za nią po ziemi a kaptur pomieściłby jej głowę nawet i trzy razy, zakrywał w dużej ilości kombinezon. Ten kawałek materiału dawał jej coś w rodzaju kamuflażu.
Zupełnie zatraciła się błogiej myśli o pelerynie przykrywającej jej niewygodny strój i otrząsnęła się z chwilą, gdy spojrzała w dół. Zupełnie zapomniała, że kiedy ostatnio tam wodziła wzrokiem o mało nie zemdlała. Bowiem płytki, na których niepewnie trzymała się na własnych nogach, były przezroczyste i nie odbijała się w nich nawet sylwetka Cornelii. Przez pierwsze piętnaście sekund miała ochotę krzyczeć i uciekać gdziekolwiek, kiedy zobaczyła niebywale fascynującą i śmiertelną zarazem podłogę. Gdy się nieco uspokoiła, jej krytyczny wzrok zatrzymał się na ubraniu i nie opuścił go aż do tej chwili.
Cornelię znów zatkało, ale oprzytomniała znacznie szybciej niż wcześniej. Rzeczywiście, pierwsze wrażenie zawsze jest najlepsze.
Wypuściła powietrze z płuc, jakby tkwiło tam kilka wieków. Rozejrzała się i w zdumieniu przyglądała się ścianom zrobionym z gładkich, szarych sześcianów (tak przynajmniej podejrzewała, że to sześciany).
Już to wszystko widziała.
Była w labiryncie.
Zadarła głowę do góry i tak jak się spodziewała – nie było sufitu, a w zamian nad dwumetrowymi ścianami rozciągało się rozgwieżdżone niebo. Kosmos był wokół niej, tkwiła w jakimś dziwnym wymiarze i zawsze kończyła tak samo – rozpadała się w błyszczący pył, przypominający gwiazdy. I wówczas się budziła.
Przypomniała sobie jak pierwszy raz się tu znalazła – nie była ubrana w ten dziwaczny strój, tak samo jak nie miała go na sobie przez wszystkie poprzednie razy. Nie wiedziała co się dzieje i zaczęła biegać po labiryncie gorączkowo szukając wyjścia, którego do tej pory nie znalazła. Ale kiedy zaczynała się oswajać z tym miejscem i zapominać o wielu rzeczach, coś zaczynało w jej głowie pulsować. Doznawała dziwnego uczucia i widziała urywki własnych wspomnień, które nigdy nie miały w jej życiu miejsca. Niespodziewanie szybko się to kończyło, bo od dołu zamieniała się w pył i nim całkowicie pochłoną ją strach i panika, znów pojawiała się w domu. Zupełnie jakby budziła się z koszmaru.
Cornelia domyślała się, że w podobny sposób zakończy się dzisiejsze odwiedziny w labiryncie. Choć nie mogła zignorować uczucia, że teraz, akurat teraz jest coś nie tak. W dodatku ten strój tylko ją upewniał.
Coś upadło z wielkim hukiem i w tej samej chwili Cornelia zaczęła biec. Czuła niepokój i pragnęła już na zawsze się stąd uwolnić. Przed oczami błysnęły jej wspomnienia, jak porozrzucane fotografie. Zatrzymała się i chwyciła za głowę. Pulsowała jej i wydawało się, jakby miała zaraz eksplodować. Coś przecięło powietrze obok jej ucha i aż krzyknęła. Spojrzała przed siebie; w ścianę labiryntu wbity był srebrny nóż z czarną jak heban rączką, na której błyszczały małe szafiry. Ktoś w nią rzucał i chybił o milimetry. Odwróciła się.
- Dzieci zdrajców muszą zginąć – rozbrzmiał donośny głos w całym labiryncie. Ani męski, ani żeński – demoniczny.
Po plecach Cornelii przeszły dreszcze. Przełknęła ślinę.
- To tylko zły sen. Nie boję się – szeptała do siebie, błądząc wzrokiem wokół siebie. Przez chwilę wydawało jej się, że w jednym z przejść mignął jej czarny skrawek materiału. Przetarła oczy. Znów coś mignęło, błysnęło i skuliła się. W ostatniej sekundzie, bo gdy zerknęła za siebie kolejny nóż wylądował w ścianie.
„Jestem dzieckiem zdrajców”, przeszło jej przez myśl. Zerwała się do biegu. Kluczyła między ścian zbudowanych z gładkich sześcianów odwracając się co chwilę, czy nikt jej nie goni. A kiedy pomyślała, że może już sobie darować ten bieg jej oczu doszukiwały się czarnego materiału i nóż niekiedy dodawał jej motywacji.
- O nie! – pisnęła cicho, kiedy znalazła się w ślepej uliczce. Rozejrzała się. Pułapka. Podała się prześladowcy jak na talerzu.
- Dzieci zdrajców muszą zginąć – powtórzył ten sam głos. Obróciła się i zobaczyła postać. Wyglądała jakby właśnie urwała się z kreskówki: nie miała oczu, twarzy niczego innego prócz kontur i nieprzeniknionej czerni, z której była zbudowana. Przez chwilę Cornelii mignęła przed oczami inna postać, bardzo podobna do tej, która stała przed nią tylko miała twarz i wyglądała jak człowiek. Skądś ją znała, ale nie potrafiła sobie teraz przypomnieć kim owa osoba jest.
Czarna plama poruszyła się i wyciągnęła zza siebie kolejny nóż.
- Dzieci zdrajców muszą zginąć – oświadczyła po raz kolejny i rzuciła nóż prosto w serce Cornelii.
Arystia David była bardzo płochliwą dziewczyną, która za wszelką cenę nie chciała rzucać się w oczy. Była bardzo ładna, miała proste włosy w kolorze gorzkiej czekolady z miedzianymi refleksami i ciemne oczy, którym bliżej było do hebanu niżeli do kasztanowego. Jej drobna osóbka przeciskała się między uczniami w czerwonych mundurkach z herbem szkoły Aarona Waltera. Ona także miała nienagannie uprasowany żakiet i spódniczkę w szkocką kratę, ale pod czarną bluzą niewiele było widać.
Nim Arystia doszła do szafki, ktoś ją popchną i tracąc równowagę poleciała prosto pod nogi Thalii Lincoln. Przełknęła nerwowo ślinę, odgarnęła pasma włosów i zaczęła zbierać książki, które wysypały jej się z torby. Usłyszała chrząknięcie. Uniosła nieco głowę.
- A no tak, przepraszam – mruknęła i czym prędzej wstała. Nie wdawała się nigdy w dłuższe konwersacje jeśli to było możliwe. Nie czuła takiej potrzeby, a wręcz uciekała od ludzi. Czuła się wśród nich bardzo obco.
Podeszła do swojej szafki i wykręciła szyfr. Kiedy okazał się właściwy odetchnęła z ulgą. Zawsze miała problem z takimi rzeczami. Włożyła książki i zostawiła sobie tylko te, które będą jej potrzebne na następną lekcję. Zamknęła z hukiem szafkę i już miała iść, kiedy zza drzwiczek dostrzegła Thalię Lincoln. Dziewczyna stała oparta o inne szafki i oglądała swoje paznokcie pomalowane na jaskrawą zieleń.
- Nie lubię kiedy ktoś mnie ignoruje – powiedziała od niechcenia oglądając dalej swoje paznokcie. Kiedy stwierdziła, że są idealnie idealne zwróciła się do Arystii, która błądziła wzrokiem. Serce dudniło jej w piersi, jakby miało zaraz wyskoczyć. Chciała jak najszybciej schować się w cieniu na ławce w oddalonej części szkoły i zjeść w spokoju drugie śniadanie, które nadal ciążyło jej w torbie.
- J…jasne – bąknęła cicho czując jak lepią jej się dłonie od potu.
- Ale nie dla mnie – mówiła swobodnie Thalia. – Moim zdaniem jest tutaj zbyt mrocznie, nie sądzisz? A tak w ogóle, ładna bluza. Taka… mroczna – uśmiechnęła się i odeszła znikając wśród morza uczniów.
Arystia przełknęła ślinę. Odetchnęła z ulgą, ale jakaś myśl nie dawała jej spokoju. Thalia od jakiegoś czasu zachowywała się bardziej niż dziwnie w stosunku do Arystii. Była milsza niż kiedykolwiek i gadała o mroku. Arystia nic z tego nie mogła zrozumieć, ale nie odważyła się zapytać o co Thalii chodzi.
Podskoczyła, kiedy zagrzmiało. Niebo przecięła błyskawica i już po chwili zaczęło padać. Arystia poczuła dziwne mrowienie w okolicach brzucha i poszła w kierunku ławki, na której zamierzała zjeść swoje drugie śniadanie.
Thalia podskoczyła słysząc grzmot, ale nie z zaskoczenia czy strachu. Ona się cieszyła. „W końcu – pomyślała – ileż można było czekać?”
Kątem oka obserwowała Arystię David, aż zniknęła jej za rogiem. Prychnęła. Od zawsze ta dziewczyna siadała w tamtym miejscu. Z drugiej strony Thalia się cieszyła, bo dostrzegała coraz mroczniejszą stronę w Arystii, ale ta dziewczyna wydawała się nie pojmować żadnego ze słów Thali. A już na „mrok” reagowała z widoczną odrazą. W dodatku bała się. To było najgorsze i Thalia wiedziała, że trzeba u niej tą całą płochliwość wyniszczyć.
Poczuła przeszywające spojrzenie. Wyłapała w tłumie Nicolasa Moore, który na pierwszy rzut oka zachowywał się jak zwykły człowiek. Teraz także udawał, że słucha kolegów, a tymczasem obserwował Thalię.
- Dużo mnie ominęło?
Obok Thalii stanęła Cornelia Robinson. Thalia spojrzała na nią i uniosła brwi. Była cała blada, jej oczy biegały we wszystkich kierunkach i tym razem cienie pod oczami były bardziej widoczne niż zwykle. Kątem oka dostrzegła jak koledzy Nicolasa tracą zainteresowanie rozmową i teraz wszyscy bez pohamowań patrzyli się w ich stronę.
Cornelia przekrzywiła głowę. Wydawała się nie zauważać palącego spojrzenia Nicolasa.
- Raczej nie – odparła Thalia. Znów zagrzmiało i musiała się powstrzymać, żeby nie zrobić gwiazdy ze szczęścia.
- Uwielbiam burze – skomentowała Cornelia. – Ale dziś to chyba przesada. Nie mogła być, no nie wiem, za kilka dni? Jutro chciałam pojechać do Mary na działkę.
Thalia skrzywiła się. Dostrzegła jak Nicolas się zaśmiał i miała teraz ochotę mu przywalić. Westchnęła i objęła Cornelię ramieniem. Ruszyły w stronę sali biologicznej.
- Nie będzie tak źle. Może do jutra jakoś się ułoży – zaczęła. Cornelia spojrzała na nią. W oczy od razu rzucały się jej cienie pod oczami. – Chodź, trzeba ci to jakoś usunąć. I przy okazji opowiesz mi dlaczego masz oczy jak królik albinos i dlaczego się spóźniłaś.
„A później, w dalekiej przyszłości, opowiem ci dlaczego dziś jest burza”.
W zamku Hell Beldor panował mrok. Ciemne korytarze oświetlały co jakiś czas błyskawice. Było pusto, nawet strażnicy zostali na ten szczególny czas osunięci od swoich obowiązków. Teraz nie pilnowali pałacu w środku, tylko na zewnątrz.
Hell Beldor uśmiechała się ze swojego tronu do córki, która przyglądała się błyskawicom wyskakującym jej z dłoni. Hell była z niej bardzo dumna.
- To takie niesamowite uczucie – powiedziała Amanda Beldor, a z jej dłoni wyskoczyły kolejne, większe błyskawice. – Warto było czekać na uwolnienie mocy.
Hell wstała z tronu i obeszła córkę. Pogłaskała ją po głowie.
- Już niedługo – rzekła i podeszła pod jeden z obrazów w sali tronowej. – Już niedługo wszystko się ułoży tak, jak tego chcemy – szepnęła wpatrując się w białowłosą kobietę na obrazie. Była niezwykle podobna do Hell.
Hell zjechała wzrokiem na wygrawerowane litery na złotej tabliczce. „Arabela Beldor”.
- Już niedługo, siostruniu. Już niedługo.
Rokkette: Pierwszy rozdział już za nami i teraz tylko trzeba czekać na kolejny. Powinien pojawić się w miarę szybko, ale też niczego nie obiecuję. Myślę, że będzie to taki sam odstęp czasowy, czyli wypadnie według moich obliczeń 28 marca. Cztery tygodnie. Mam nadzieję, że to szybko minie.
A tak w ogóle, szablon jest w miarę czytelny?
Ach, no i zapraszam na wattpad.com! Oto link do mojej historii: KLIK. Serdecznie zapraszam!
Ach, no i zapraszam na wattpad.com! Oto link do mojej historii: KLIK. Serdecznie zapraszam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz